Szkoła bez prac domowych. Czy to możliwe?
Poznański sąd odrzucił w czwartek wniosek obrońców o to, by sprawą ponownie zajęła się prokuratura. Zobowiązał jednak śledczych do przesłania dokumentów potwierdzających, że mieli zgodę na podsłuchiwanie Arkadiusza Ł., pseudonim "Hoss", i jego brata. Obaj zasiadają na ławie oskarżonych.
Z trzech wezwanych świadków stawił się dziś tylko jeden, który skorzystał z prawa do odmowy składania zeznań. Jest pasierbem Hossa. Dziś sąd nie zgodził się także, by biegły przetłumaczył wszystkie podsłuchane rozmowy na język romski. Nie uwzględnił też wniosku o uchylenie poręczenia majątkowego, które wpłacił Hoss.
Głównym dowodem w tej sprawie są podsłuchane rozmowy oskarżonych z pokrzywdzonymi seniorami z Niemiec, Szwajcarii i Luksemburga. Obrońcy oskarżonych od początku procesu kwestionują ich legalność. Twierdzą, że prokuratura z Hamburga, która prowadziła śledztwo, nie miała wszystkich zgód.
- Zgody są częściowe, tylko na niektóre połączenia, ale są też połowiczne, bo są zgody tylko na jeden numer. Strona niemiecka pominęła fakt, że rozmowa telefoniczna to jest rozmowa dwóch osób: dzwoniącego i odbierającego. Skoro była tylko zgoda na dzwoniącego, a nie odbierającego, to i tak jest błąd - mówi adwokat Aleksander Kowzan.
By niemiecka prokuratura mogła podsłuchiwać polskich obywateli musiała mieć zgodę naszego sądu. Prokurator zapewnia, że zgody były.
- Musiała być zgoda sądu polskiego. Początkiem tego postępowania było przekazanie wniosku o przejęcie ścigania przez stronę niemiecką. W związku z tym to strona niemiecka dołączyła uzyskane wcześniej w drodze pomocy międzynarodowej materiały i tak znalazły się one tutaj w Polsce i stanowiły podstawę prowadzenia tego postępowania - mówi prokurator Marcin Szpond.
Kolejna rozprawa w lutym.