NA ANTENIE: W środku dnia

Przekreślenie dotychczasowej metody pracy - Black Sabbath, Mob Rules (1981)

Publikacja: 10.07.2019 g.13:18  Aktualizacja: 10.07.2019 g.13:26 Jakub Kozłowski
Recenzja Jakuba Kozłowskiego.
black sabbath - inrock.pl
/ Fot. inrock.pl

Jeden z największych znawców Black Sabbath, Mick Wall – dziennikarz muzyczny, pisarz - i swego czasu PR-owiec zespołu – napisał kiedyś, że płyty nagrane z Ronnie Jamesem Dio wiele straciły na prostym fakcie kurczowego trzymania się szyldu Black Sabbath. Wraz z przyjściem Amerykanina niepokojąca, odrobinę arogancka i w pewnych aspektach introwertycznie odpychająca muzyka (co stanowiło dobre odbicie sposobu bycia Butlera, Iommiego, Warda i Osbourne’a) nabrała przebojowego, wygładzonego sznytu w duchu iście amerykańskiego entuzjazmu. To musiało kłócić się z wizerunkiem Sabsów i dlatego, pomimo genialności samych albumów, nie zostały one nigdy w pełni zaakceptowane, jako płyty Black Sabbath. Gdyby nagrano je pod inną nazwą – prawi dalej Wall –  uchodziłyby obecnie za jedne ze szczytowych osiągnięć hard rocka/metalu w historii.

Nie wypada mi nie zgodzić się z osobą, która dzięki wielu rozmowom i dziesiątkom wspólnie spędzonych godzin miała okazję poznać bezpośrednio wszelkie problemy i uwarunkowania motywujące działania muzyków Black Sabbath. Mick Wall widział na własne oczy, co zżera i wypluwa muzyczne zaangażowanie i innowacyjne podejście, którego zabrakło na ostatnich dwóch albumach nagranych z Ozzy’m. Jeżeli nadal uważa, że „Heaven And Hell” i „Mob Rules” to nie Black Sabbath, trudno. Jego sprawa. Nie oponuje, ale i nie zamierzam przytakiwać. Zawsze bowiem odbierałem obie wspomniane płyty jako Black Sabbath, tyle że po transfuzji krwi.

Tak jak przećpany, przepity i wymęczony psychicznie pacjent, któremu przetoczy się kilka litrów posoki nabiera w końcu żwawości, tak dopływ nowych pomysłów i entuzjazmu ze strony Ronniego spowodował, że kształt muzyki prezentowanej przez formację został odmieniony. Nic tu nie działo się jednak wbrew woli Iommiego, który zyskał za to w końcu osobę żywotnie zainteresowaną samym procesem komponowania i produkcji – w odróżnieniu od jego dawnych kompanów, którzy woleli czas ten spędzać na wychylaniu kolejnych kufelków wpadając na gotowe. Inna sprawa, że Iommi mógł oceniać książkę po okładce – założyć błędnie, że Dio należy do osób, które łatwiej poddadzą się dyktowi lidera formacji (naiwne założenie biorąc pod uwagę jak długo Dio stawiał czoło Blackmore’owi). Szybko fascynacja nowym współpracownikiem przekształciła się w okazywaną w typowo brytyjski sposób irytację. Na etapie prac nad „Heaven and Hell” współudział Ronniego był jednak wręcz nieodzowny. Płyta nagrana została niemal całkowicie w duecie Iommi-Dio, w prywatnym domu Tony’ego przy akompaniamencie gitar przepuszczonych przez malutkie, bzyczące wzmacniacze. Twórców było dwóch, każdemu z nich chciało się jeszcze pokazywać z jak najlepszej strony. Był entuzjazm. Były pomysły. Brakowało konfliktów.

Gdy jednak przyszedł czas na nagrywanie „Mob Rules” sytuacja wyglądała diametralnie inaczej, chociaż minął raptem rok od premiery poprzedniczki.  Zmieniła się jednak chemia wewnątrz formacji. Nie było już Warda, który w połowie trasy „Heaven and Hell” zmuszony był pożegnać się z kolegami. Doszedł za to kolejny Amerykanin, Vinnie Appice, który, chociaż jasno dawał wyraz poważaniu, jakim darzył Billa, był jednak pewną niewiadomą w składzie. Co więcej w sposób jak najbardziej naturalny ciążył w stronę Dio, który zyskał teraz brakujący element przeciwwagi dla Butlera i Iommiego. Geezer nie był zadowolony z kierunku w jaki poszedł jego zespół. Nie był z niego zadowolony już w czasie trasy „Heaven and Hell” ale jako, że ze względów zdrowotno-rodzinnych nie uczestniczył w jego nagrywaniu dostosował się do decyzji kolegów. Przy „Mob Rules” nie zamierzał schodzić na boczny tor – a tam jak się zdawało widział go nowy wokalista. Zadanie przygotowywania tekstów przejął Dio ku niezadowoleniu Butlera dla którego teksty utworów stanowiły najlepszy sposób na artystyczne spełnienie. Całokształt prac kompozycyjnych spoczywał niemal wyłącznie na barkach Iommiego, do którego riffów Butler dodawał jedynie odpowiednie partie. Nie on jednak kształtował linię melodyczną, chociaż próbując ratować atmosferę zespół zgodził się, aby Butler został dodany jako współtwórca wszystkich utworów. W czasach Ozziego miał chociaż kolegę za mikrofonem, który nie szczędził mu zachwytów nad poziomem przygotowywanych słów i opowieści.

Teraz prym wiódł Amerykanin, który pchał się na piedestał wbrew ustalonym od lat zasadom funkcjonowania zespołu. Jak już wspomniałem, nie było również Billa Warda, ostoi sekcji rytmicznej, z którym Butler znał się na wylot. Nie miał już ani możliwości głębszego ingerowania w muzykę ani szansy nadania tekstom kształtu jaki mu najbardziej odpowiadał.

Wszystkie te problemy wisiały w powietrzu, o czym zresztą muzycy mówią otwarcie. „Doszło do sytuacji w której o wiele łatwiej było przebywać osobno niż razem” – mówił Dio. Nie było jednak szans na oczyszczenie atmosfery bo nie dochodziło do otwartych kłótni. Wszystko załatwiano w iście brytyjski sposób, co dodatkowo irytowało Dio lubującego się w otwartych i emocjonalnych dyskusjach. Każdy był więc niezadowolony ale nikt nie zamierzał pierwszy o tym powiedzieć. Nie pomagało też nadużywanie kokainy, złe wybory w kwestii studia (nieudana próba zbudowania własnego) oraz zmiana formy pracy nad utworami. To ostatnie miało jakoby zadecydować o niewykorzystaniu wielu doskonałych fragmentów muzyki, które na album się nie dostały – nie wiadomo tylko dlaczego – czy z powodu weta jednego z członków zespołu? Czy braku chęci wspólnego dopracowania melodii? O tym Iommi nie wspomina.

Na pewno jednak, na co wskazują późniejsze konflikty przy produkcji albumu koncertowego „Live Evil”, drogi Dio i Iommiego zaczęły się rozchodzić. Innymi słowy Amerykanin zaczął Iommiego denerwować, co ponownie zbliżyło Tony’ego do Geezera Butlera. Podział na dwa obozy zdawał się coraz bardziej okopany na własnych pozycjach.

Narkotyki, brak zrozumienia między muzykami, zmiany personalne, przekreślenie dotychczasowej metody pracy, znudzenie i frustracja – wszystkie te czynniki mogły spowodować, że płyta „Mob Rules” nie dorównała wysokim standardom „Heaven and Hell” – abstrahując już od tego czy ktoś uznaje obie płyty za „Prawdziwy Black Sabbath” czy nie. Stało się inaczej. „Mob Rules” jest pod każdym względem doskonałe. Są zresztą takie dni, gdy budzę się rano i myślę, że „Mob Rules” jest lepsze od swojej poprzedniczki. Nie wiem jednak, czy nie wynika to z faktu, iż „Heaven and Hell” jest po prostu mocniej ograny, bardziej znany i „kanoniczny” w odróżnieniu od zapomnianego i, niestety,  spychanego na margines dokonań Sabatów „Mob Rules”. Osobiście wracam w każdym razie częściej do „Mob Rules”. Zawsze porywa mnie energia płynąca z tego krążka. Wydaje mi się, że osią i kręgosłupem „Mob Rules” – jego fundamentem –  uczyniono dwa szybkie i bezkompromisowe kawałki: otwierający płytę „Turn Up The Lights” oraz tytułowy „The Mob Rules” do których dopasowano pozostałe kompozycje, które dzięki swojemu odrębnemu charakterowi zmieniają odrobinę wymowę całości. Mamy tu bowiem naprawdę fenomenalny bluesujący groove w „Voodoo”, pełnokrwisty doom metal w „The Sign of The Southern Cross” możliwość zerknięcia w przyszłość formacji, dzięki „Evil” (czyli „E5150” które, gdy zamienimy cyfry arabskie na rzymskie tak właśnie się czyta), niemal wyjęte z „Born Again” i wysłane w przeszłość.  Dalej odrobinę southern rockowe (tytuł zobowiązuje) „Country Girl”, typowo hard rockowe „Slipping Away” i ponownie mocarny, toczący się doom  w „Falling Off the Edge Of The World” przechodzący w żywiołowy, oparty na riffie hard rock.

Na „Mob Rules” nie ma słabych utworów a album jest, moim zdaniem, równiejszy od „Heaven And Hell”. Na poprzedniej płycie gdzieś tak na wysokości „Wishing Well” można było odczuć odrobinę słabnący impet. „Mob Rules” do końca wbija w fotel. Trudno mi jednak powiedzieć, co mogłoby się wydarzyć, gdyby konflikty wewnątrz zespołu i, częstokroć, dosyć dziecinne zachowanie przeżartych narkotykami muzyków, nie doprowadziło do odejścia Dio. Jak wspominałem już przy okazji innego tekstu o Black Sabbath „Dehumanizer” nie stanowi tu żadnego wyznacznika, gdyż wówczas formacja znajdowała się już na zupełnie innym etapie rozwoju. Być może z Dio czy bez i tak otrzymalibyśmy mroczny w wymowie, wymagający i odrobinę kakofoniczny „Born Again”. Wskazuje na to „E5150”. Szczerze mówiąc nie miałbym nic przeciwko. Największą bolączką „Born Again” okazał się bowiem Ian Gillan, który potraktował Black Sabbath jak zabawę. Nie szanował ich twórczości, nie rozumiał jej i szczerze mówiąc, nie zamierzał jej bliżej poznać. Gdyby do „Born Again” dodać zdrowy rozsądek i profesjonalizm Ronnie’go Jamesa Dio moglibyśmy mówić o najbardziej dojrzałej i intrygującej płycie  w dorobku Sabbathów. Takiej, która, pomimo braku Ozzy’ego, mogłaby jednak zostać zaakceptowana przez najbardziej zajadłych piewców poprzedniego frontmana. Zamiast tego dostaliśmy dzieło lekko zagubione i nie do końca spełniające oczekwiania fanów jak i samych twórców. Trudno. Zawsze można jednak wrócić do „Heaven And Hell” bądź przypomnieć sobie i odświeżyć fantastyczne „Mob Rules” – są to bowiem jedne z najgenialniejszych dokonań hard rocka.

Jakub Kozłowski
https://radiopoznan.fm/n/fjY4zX
KOMENTARZE 0

SERWIS INFORMACYJNY


GODZINY: 07:00 08:00 09:00 10:00 12:00

@TWITTER