NA ANTENIE: Mała czarna
Studio nagrań Ogłoszenia BIP Cennik
 

Znowu grają w Koloseum – recenzja Ryszarda Glogera

Publikacja: 08.07.2022 g.13:14  Aktualizacja: 08.07.2022 g.13:19 Ryszard Gloger
Poznań
Kiedy ostatni raz słuchaliście zespołu Colosseum? Pewnie dawno, bo to zapomniana historia, niemal legenda sprzed 50 lat. Poza tym sam zespół nie dawał w od dłuższego czasu powodów do większego zainteresowania. Ostatnia znana płyta Colosseum „Time On Our Side” pochodzi z 2014 roku.
Colosseum Restoration - Okładka płyty
Fot. Okładka płyty

Wyręczę czytelnika, który styka się z tą nazwą po raz pierwszy i nie ma ochoty szukać nerwowo w Internecie. Na tym etapie wie już na pewno, że nie chodzi o wykwit architektury sprzed dwóch tysięcy lat. Zespół Colosseum powstał w Wielkiej Brytanii w 1968 roku. Tak, tu nie ma żadnej pomyłki. To co zaproponował w muzyce było diabelnie nowatorskie. Świetni instrumentaliści ze znacznie szerszymi horyzontami artystycznymi niż wynosiła ówczesna średnia. Na samym początku grupa używała nazwy Jon Hiseman’s Colloseum. Hiseman był perkusistą wyróżniającym się techniką gry, co spektakularnie zademonstrował, zasilając zespoły tuzów klubowego grania w Londynie, Grahama Bonda i Johna Mayalla. Hiseman zapewnił sobie udział w nowym projekcie fantastycznego saksofonisty Dicka Hecjstall-Smitha, organisty Dave’a Greenslade’a, gitarzysty Dave’a Clem Clempsona oraz wokalisty Chrisa Farlowe’a. Wypichcili toksyczną mieszankę bluesa, rocka i jazzu, co dało Colosseum etykietkę pionierów nowego gatunku jazz-rock.

Pierwszy album „Those About To Die Salute You” był niczym wybuch bomby w samym środku sceny muzycznej, gdzie rządziły zespoły The Beatles, The Rolling Stones, Cream i Jimi Hendrix Experniece. Muzyka była tak wciągająca, że nawet dziesięciominutowy utwór „Beware The Ides Of March” wydawał się za krótki. Colosseum nacierało z siłą huraganu także na następnej płycie „Valentyne Suite”. W tym przypadku odbiorcy wpadali w nirwankę, słuchając drugiej strony winylowej płyty z tytułową szesnastominutową suitą. W dźwiękowej przestrzeni krążyły jak wolne ptaki solówki saksofonu, gitary i organów Hammonda. To nie był odlot w stylu psychodelicznego rocka, lecz konkretne improwizowane granie, fantastyczne współbrzmienia, energiczny wokal i łączenie wszystkiego rękami czarodzieja perkusji Jona Hisemana. Jak to często bywa w grupach złożonych z dużych indywidualności, także w Colosseum nastał okres (1975-1978), kiedy działały dwie wersje kapeli Colosseum i Colosseum II. Może ktoś pamięta, że na początku lat 80. ubiegłego wieku Colosseum Jona Hisemana, wystąpił na festiwalu Pop Session w Operze Leśnej w Sopocie.

Mamy 2022 rok, szczęśliwym zrządzeniem losu zespół istnieje Odeszli na zawsze Jon Hiseman, Dick Heckstall-Smith i jeszcze kilku innych świetnych muzyków, którzy przewinęli się przez te wszystkie lata. Jest nowa płyta legendarnej kapeli, w której pozostało trzech muzyków z pierwotnego składu: Farlowe, Clempsoni i basista Mark Clarke. Są też nowi muzycy Nick Steel na organach, Kim Nishikawara na saksofonach oraz Malcolm Mortimore na perkusji. W otwierającym płytę utworze „First In Line” zespół nie sprawia zawodu. Wyeksponowane są charakterystyczne atuty instrumentalne, solówki grają kolejno gitara, organy i saksofon. Słychać karkołomne figury melodyczno-rytmiczne jako przeciwwaga dla melodyjnego wokalu Chrisa Farlowe’a. Pojawiają się głosy żeńskiego chórku, nagranego przez córkę Jona Hisemana i saksofonistki Barbary Thompson, Anę Gracey Hiseman.

Podobnie jak w zamierzchłej przeszłości Colosseum prezentuje utwory utrzymane w czystej formie bluesa. Są to nagrania „Need Somebody”, „Tonight”, „If Only Dreams Were Like This” „Story Of The Blues”. Nigdy wcześniej tak pięknie z wyczuciem bluesowej frazy i z troską o pojedynczy dźwięk, nie grał gitarzysta Clem Clempson. Płyta jest jednak bez wątpienia efektem pracy całego zespołu. Żaden z muzyków nie zdominował repertuaru płyty własnymi kompozycjami. W zamian mamy zbiór propozycji kilku muzyków, co wniosło do muzyki wiele różniących się od siebie utworów. W połowie krążka ostre riffy gitary inicjują rockowy kawałek napisany przez Marka Clarke’a „A Cowboy’s Song”. W nagraniu kontrapunktem dla śpiewu Chrisa Farlowe’a, są męskie chórki i efektowne ornamenty fortepianu. Świetny jest od pierwszego przesłuchania utwór „Innocence”, zwarty, z nutą nostalgii, z wyraźnym pulsem rytmicznym oraz wykończony melodyjnym refrenem.

Gdyby przyłożyć aptekarską miarkę do całej płyty, najbardziej dominuje gitara, to ona wyznacza brzmienie, czasem tylko ze wsparciem organów i saksofonu. To chyba główna różnica w porównaniu do dawnego brzmienia angielskiej formacji. Energię i ofensywny charakter z klasycznych płyt zastąpiły bardziej refleksyjne tony i wyczuwalna dojrzałość w aranżacjach utworów. Z kolei zbalansowane proporcje jazzu i rocka, przesunęły się zdecydowanie w stronę stylistyki rocka. Płyta „Restoration” to przykład jak można grać muzykę dla współczesnego odbiorcy i jednocześnie zachować wysoką markę zespołu przez wiele, wiele lat.

https://radiopoznan.fm/n/5eO4mX
KOMENTARZE 0

SERWIS INFORMACYJNY


GODZINY: 06:00 07:00 08:00 09:00 10:00

@TWITTER