NA ANTENIE: Królewski wieczór

Terror dyplomatyczny

Publikacja: 13.11.2018 g.10:55  Aktualizacja: 13.11.2018 g.11:03 Wiesław Kot
"Bejrut" to rasowy thriller, choć na temat karkołomny, bo na temat dyplomacji międzynarodowej.
bejrut beirut film - Materiały promocyjne studia Kasbah-Film Tanger
Fot. Materiały promocyjne studia Kasbah-Film Tanger

Na świecie miał premierę w styczniu, w polskich kinach go nie pokazano, bo rodzima widownia woli w tym zakresie raczej historie proste i krwawe, nieangażujące widza w geografię, geopolitykę i dyplomację. Ale właśnie dlatego, że "Bejrut" angażuje, warto polecić go co bardziej wybrednym widzom. 

Każdy kogoś zdradza

Dyplomacja to wprawdzie trudny temat na thriller, ale nie tak bardzo trudny, jeżeli chodzi o dyplomację w Libanie. Bo, jak słyszymy na początku dziełka, "żeby zrozumieć Liban, trzeba sobie wyobrazić hostel bez kierownika. Jedyną wspólną cechą mieszkańców jest skłonność do zdrady. Dwa tysiące lat krwawych porachunków, zemsty, mordów". I jeszcze słyszymy, że dyplomacja amerykańska polega w tym kraju na tym, by wszystkim stronom wytłumaczyć, że nic nie da się zmienić. 

Ale to teoria, a thriller domaga się akcji. I akcja rozkręca się już od pierwszych scen. W trakcie przyjęcia w domu amerykańskiego dyplomaty w Bejrucie, Masona Skilesa (uczciwie zagrał go Jon Hamm) dochodzi do napadu palestyńskich terrorystów - najprawdopodobniej naprowadził ich mały palestyński chłopiec, sierota, przygarnięty do amerykańskiego domu. W strzelaninie ginie żona dyplomaty, wcześniej temu chłopcu ogromnie oddana. Jak matka. A tu się okazuje, że ten chłopczyk miał brata który jest jednym ze sprawców zamachu na izraelskich sportowców podczas Olimpiady w Monachium. Teraz starszy brat wykorzystał dzieciaka i urządził w domu ambasadora masakrę. 

A to tylko preludium do właściwej akcji, datowane na rok 1972. Po dziesięciu latach ów dyplomata nie jest już dyplomatą, lecz zawodowym negocjatorem, ale od takich mniej ważnych spraw. Obsługuje głównie lokalne spory pracownicze. Sporo pije. Mówią o nim: "upadły mistrz". Ale po tego alkoholika wyciąga rękę CIA i wzywa go raz jeszcze do Bejrutu, choć wie, jaka trauma się wiąże dla niego z tym miastem. Bo CIA nie ma wyjścia Mr. Skiles jest jednym z niewielu specjalistów od tego kraju: z doświadczeniem i po Oxfordzie. A tu porwano Amerykanina i bojówka palestyńska żąda, aby w sprawie porwania i okupu negocjował właśnie on. Poza tym owym porwanym jest stary przyjaciel dyplomaty z Bejrutu. Szef wielu operacji na Bliskim Wschodzie, chodzące archiwum, w żadnym wypadku nie powinien zacząć mówić, na przykład na torturach. Trzeba więc go bezwzględnie odzyskać.

„Upadły mistrz” wkracza do akcji

Tyle zarys akcji. Jest gęsta, ale bynajmniej nie najważniejsza, bo sedno tego thrillera to dyplomacja w sytuacji skrajnej. A taką uprawia się na Bliskim Wschodzie. Kiedy zaczynają się rozmowy z porywaczami, wszystko się ogromnie zapętla, daleko powyżej standardowych negocjacji. Bo na przykład sami Palestyńczycy załatwiają swego negocjatora. Następnym palestyńskim negocjatorem jest ten chłopiec, który wychował się w rodzinie amerykańskiego dyplomaty i teraz w zamian za porwanego Amerykanina domaga się wypuszczenia brata, terrorysty z Monachium. Brat teraz - jak się wydaje jest w izraelskim więzieniu. Pewnie pod przybranym nazwiskiem, więc nikt nie wie tego na pewno. 

Handel się rozgałęzia, na stole są zdjęcia z satelity, których domaga się Izrael, wplątany w to jest i Iran, i Związek Radziecki. W tym kotle, każdy ma jakieś interesy, każdy próbuje coś urwać dla siebie. Co gorsza, Bliski Wschód to taka konstrukcja, że jak się ruszy jeden kamyczek, to sypie się cała budowla. Wariantów jest tu tyle, że nikt już nie panuje nad sytuacją. I Skiles, ten dyplomata-pijak, szybko się orientuje, po co tak naprawdę został sprowadzony. Otóż jest tu po to, by w razie niepowodzenia negocjacji było na kogo zrzucić winę. Bo poza wszystkim ten porwany Amerykanin zna nie tylko sekrety, które mogłyby zainteresować - powiedzmy - Palestyńczyków. Zna też tajemnice kompromitujące pracowników amerykańskiej ambasady: machinacje finansowe, wykradanie rządowych pieniędzy. Więc Amerykanom wcale tak bardzo nie zależy na tym, by odzyskać tego zakładnika.

Film zresztą nie zmierza w stronę żadnego happy endu. Ta sytuacja, w której nikt nie panuje nad niczym, utrzymuje się do samego końca. Do końca? Otóż tu nie ma końca, to tylko układanka przesunęła się o jedno oczko. Bliskowschodnie piekiełko trwa - chciałoby się powiedzieć: w najlepsze. Gdyby nie brzmiało to tak sarkastycznie.

Wiesław Kot
https://radiopoznan.fm/n/oHZw4J
KOMENTARZE 0

SERWIS INFORMACYJNY


GODZINY: 15:00 16:00 17:00 19:00 20:00

@TWITTER