NA ANTENIE: Lubię jazz
Studio nagrań Ogłoszenia BIP Cennik

WISHBONE ASH – Coat Of Arms [RECENZJA]

Publikacja: 16.05.2020 g.18:20  Aktualizacja: 16.05.2020 g.18:25
Recenzja Ryszarda Glogera.
wishbone ash recenzja - Okładka
Fot. Okładka

Rodzimi fani brytyjskiego zespołu Wishbone Ash ostrzyli sobie zęby na bezpośrednie spotkanie w sierpniu w ramach Ino-Rock Festival. Niestety z powodu globalnej epidemii, zmuszeni jesteśmy  ograniczyć się do posłuchania nowej płyty studyjnej tego kwartetu, z portowego miasta Torquay w hrabstwie Devon. Album jest powrotem Wishbone Ash po dłuższej przerwie. W 50.letniej historii zespołu zebrało się ponad dwadzieścia albumów studyjnych, jednak nigdy dotąd oczekiwanie na następną płytę nie trwało aż 6 lat. Zanim odpowiem na wynikające z tego pytanie, czy warto było w ogóle czekać, kilka niezbędnych faktów z przeszłości. Jak wiadomo Wishbone Ash bardzo szybko trafił do ekstra klasy brytyjskiego rocka. Cztery pierwsze płyty trzeba uznać za kanon obranej stylistyki a do dzisiaj fani i krytycy spierają się która płyta w całej dyskografii jest najlepsza: Pilgrimage czy Argus. Na początku lat 70. ubiegłego wieku kiedy oba albumy znalazły się na rynku wywołały zachwyt m.in. dlatego, że Wishbone Ash rozwijał się z płyty na płytę i w dodatku podążał własną drogą. W tworzonej muzyce i jej brzmieniu było dużo oryginalnych elementów jakich nie prezentowała konkurencja. Muzycy łączyli hard rocka z progressive rockiem, wplatali do swoich kompozycji motywy folkowe a znakiem firmowym Wishbone Ash były efektowne sola dwóch gitar grane unisono.  Z punktu widzenia muzycznych walorów, grupa wykorzystywała znacznie większą paletę środków, niż to się zdarzało w kręgu rocka. Kapela unikała schematyzmu, przygotowywała coraz lepsze kompozycje a i brzmienie nagrań nabierało z płyty na płytę szlachetności.

Dwa filary grupy gitarzyści Andy Powell i Martin Turner przyciągali się i odpychali, co wpływało na zmiany składu, atrakcyjność kolejnych tras koncertowych i płyt. Ku rozpaczy najwierniejszych fanów w 2004 roku Turner definitywnie odszedł i założył Martin Turner’s Wishbone Ash. Z kolei Andy Powell z jeszcze większą determinacją podtrzymywał ducha w macierzystej kapeli i wyszedł z tej sytuacji zwycięsko. Podobnie jak John Mayall miał dobrą rękę do gitarzystów i znajdywał takich gdzieś w zakamarkach europejskich klubów. Przypomnę że partnerem gitarowych swawoli Powella byli kolejno Mark Birch, Ben Granfelt a później Muddy Manninen. W nowym składzie zespołu poznanym na płytcie Coat To Arms tę dobrą passę reprezentuje gitarzysta Mark Abrahams. Gra w zespole od 2017 roku i można powiedzieć, że nie jest wynajętym muzykiem do odwzorowywania partii gitary w klasycznych kawałkach, lecz współautorem wielu utworów na płycie.

Album zaczyna się wystrzałowo nagraniem We Stand As One. Czysty Wishbone Ash w czterominutowej pigułce. Wciągający riff gitarowy, błyskotliwa melodia, slogan zawarty w tytule utworu i wreszcie popisowa synchroniczna jazda dwóch gitar. Po tym efektownym początku pojawia się blisko 8-minutowy utwór Coat Of Arms. To udane nawiązanie do najlepszych dokonań grupy, utwór składający się z kilku części, w którym gitary podążają w wielu kierunkach, w stronę muzyki staroangielskiej, bluesa i rocka. W przeważającej części Coat Of Arms to utwór instrumentalny, ukazujący swego rodzaju zapędy sztukatorskie obu gitarzystów. Jeszcze bardziej intrygującą formę przybiera drugi ośmiominutowy kawałek It’s Only You I See. Nic nie zapowiada takiego rozwoju spraw, gdy ckliwa ballada z typowym refrenem przeistacza się w bogatą opowieść gitarową. Słuchając przegadujących się gitarzystów, szukających słodkich i wzniosłych dźwięków, wchodzimy w sam  środek muzyki Wishbone Ash i jej typowego klimatu. O ile w większości produkcji kapel rockowych przebija się spontaniczna ekscytacja, brawura lub wręcz chwilowe szaleństwo, w muzyce Wishbone Ash wyczuwalny jest namysł i staranne budowanie napięcia. Nie ma miejsca dla rozbuchania, często bezmyślnego grania technicznego. Nawet w blues-rockowym utworze Too Cool For AC, zespół potrafił nagiąć całą formę bardziej do swoich upodobań z obowiązkową jazdą dwóch gitar. Prawdę mówiąc Andy Powell nigdy nie rzucał się w wir rocka, jego wokal bez nadmiernej ekspresji, służył bardziej do opowiadania historii. Ładne pomieszanie stylów znaleźć można w utworze Empty Man, gdzie przewijają się wątki country, southern rocka a nawet jakieś akcenty taneczne. Ballada Floreana może wydać się zrazu banalna, lecz gdy pojawiają się ornamenty gitar, całość nabiera szlachetności. Muszę przyznać, że z jedenastu kompozycji na płycie, zdecydowana większość utrzymuje wysoki poziom. Na koncertach zapewne sprawdzą się kawałki o zdecydowanym rytmie z mocniej artykułowanymi akordami gitar. Do tej grupy należą Drive, Back In The Day, Deja Vu oraz When The Love Is Shared. Wyobraźnia podpowiada mi nawet, że ten ostatni kawałek  na koncertach  muzycy będą wykonywać z udziałem słuchaczy. Trudno po 50 latach grania zaszokować odbiorcę. Czasem można go nawet zniesmaczyć. Na szczęście zespół  Wishbone Ash powraca z fasonem.  Płyta Coat Of Arms  daje dużą przyjemność obcowania z muzyką, która zachowując dawną klasę serwuje wiele absolutnie świeżych doznań prosto z pełnego atrakcji gitarlandu.

Ryszard Gloger

https://radiopoznan.fm/n/0PcAcN
KOMENTARZE 0

SERWIS INFORMACYJNY


GODZINY: 16:00 17:00 18:00 20:00 21:00

@TWITTER